Przyznaję szczerze: jestem dobra w czarne scenariusze (zresztą to chyba rodzinne). Im więcej ich wymyślę, tym bardziej będę na nie przygotowana, prawda? Choroby, wysokie składki, eksmisja… opcji był dużo. Ale nawet ja, kiedy wybierałam sobie One Little Word – moje słówko przewodnie na nadchodzący rok – w ogóle nie brałam pod uwagę pandemii. A szkoda, bo może było łatwiej sobie w obecnych czasach radzić.

Bo radzić sobie zdecydowanie jest z czym. Nie chciałabym publicznie wylewać żalów na to, jak ciężko jest małym przedsiębiorcom, bo to już trochę tak, jakby mówić, że słońce jest gorące. Ale tak jak podsumowanie roku zaczynałam od analizy sytuacji, tak i tu wypadałoby przyjrzeć się temu, z czym w istocie się borykam. Znany wróg to lepszy wróg… czy jakoś tak.

Skoro jednak wybrało się słówko “odważniej”, to co by się nie działo, trzeba szukać nowych sposobów, żeby je w życie wprowadzać. Pocieszam się, że mogłam sobie wymyślić “podróżowanie” i wtedy zostałoby mi przechadzać się wirtualnymi uliczkami na Google Street View. #pozytywnemyślenie

Ale do rzeczy: jakie miałam pomysły na bycie odważniejszą?

1. Chciałam organizować więcej warsztatów kaligrafii w różnych miastach Polski.

Tak właśnie sobie wymyśliłam w styczniu, że w Warszawie już mnóstwo razy zapraszałam na warsztaty, a jest tyle miejsc, w których jeszcze tego nie robiłam. Trochę szkoda, prawda?

Zapytałam więc na Instagramie, dokąd mam jechać i wpisałam na listę: Wrocław, Poznań, Białystok, Bydgoszcz, Trójmiasto… zamiar był taki, żeby raz na miesiąc pojawić się w nowej okolicy. Udało mi się pojechać do dwóch, co w zasadzie i tak już jest sukcesem! Ale niestety tuż po wrocławskich warsztatach, na kilka dni przed kolejnymi spotkaniami w Warszawie, przyszły zakazy.

A miały być warsztaty z Zaradnymi, z Feblikiem, moje wyczekane warsztaty ślubne, na które mam oddzielną tablicę na Pintereście… zostało z tego wszystkiego przymusowe siedzenie w domu. I jeśli miałabym wyobrażać sobie moje odważniej jako płomyk, do którego starałam się dokładać drewna, żeby miał co jeść, żeby mógł rosnąć duży i silny, to ta epidemia była dla niego jak spotkanie Titanica z górą lodową. Smutny kwartet smyczkowy w tle i kilka łódek ratunkowych.

2. Miałam robić kaligrafowane zaproszenia ślubne.

Przychodzi w życiu taki czas, kiedy po przejrzeniu Pinteresta tysięczny raz, pojawia się myśl “ja też bym chciała robić takie zaproszenia”. Odważniej miało znaczyć nie tylko, że chcę, ale że tak właściwie to też mogę!

Co prawda nie znam się na dobrym projektowaniu, ale na szczęście znam osoby, które się znają. I tak wraz z Kasią Piątek przygotowałyśmy ofertę zaproszeń, robiłyśmy projekty myśląc o tym, jak połączyć piękne z czytelnym i praktycznym.

I niby wszystko już jest gotowe, ale w obliczu zakazów zgromadzeń, śluby są przekładane, więc jest dużo ogólnego zamieszania. Dlatego zaproszenia też muszą poczekać.

3. Chciałam regularnie uczyć się nowych umiejętności.

W styczniu udało mi się pójść na warsztaty robienia czekolady (i mieć traumę po jej temperowaniu), a kolejne miesiące miały być okazją do testowania nowych rzeczy. Chciałam siebie do tego trochę zmuszać, bo nie za bardzo lubię być początkująca, a już zwłaszcza publicznie! Najbardziej chciałabym umieć wszystko od razu i nie popełniać przy tym błędów, ale może o tym i o innych racjonalnych pomysłach opowiem innym razem.

Haftowanie, pieczenie chleba, akwarele… mimo że jestem wielką zwolenniczką nauki online, tak niektórych doświadczeń nie da się tak łatwo przełożyć z jednej przestrzeni do drugiej. A zresztą czasem właśnie o to chodzi: żeby było z innymi.

Więc to też musi poczekać.

I generalnie tak mogłabym wymieniać dalej, ale te trzy pomysły były fundamentami mojego pomysłu na moje odważniejsze one little word, życiowo i biznesowo.

Wszystko na papierze brzmiało dobrze, ale… problem cały tkwi w tym, że opieranie swojej działalności na spotkaniach ludzi, okazuje się bardzo nietrafionym pomysłem w czasach zakazów spotkań. Stanęłam przed decyzją: albo zawieszam działalność i rzucam to wszystko (kuszące!), albo próbuję redefiniować to, czym zajmowałam się do tej pory.

Wymyślanie odwagi na nowo

Skoro więc siedzenie i zamartwianie się jest raczej mało produktywne, muszę wymyślić nowe sposoby na działanie – czy tego chcę, czy nie. Nie oszukujmy się, zdecydowanie wolałabym nie, bo już te z początku roku były dla mnie dużym wyzwaniem! A tu trzeba znowu, i znowu… testować, pisać, reklamować, spisywać na straty. Męczące to i zniechęcające. Przecież to nawet nie moja wina, że nie mogę pracować, jak dotychczas.

Z drugiej strony, tej odrobinę bardziej pozytywnej, testowanie też może przynieść nieoczekiwane dobre rezultaty. I tak właśnie było z najciekawszą inicjatywą tego kwartału, czyli instalekcjami kaligrafii.

O co chodzi w instalekcjach? Pomyślałam, że skoro nie mogę spotykać się z uczniami na żywo, to mogę przenieść uczenie do internetu. Na Instagramie mam już dużo obserwatorów, których uznaję za choćby potencjalnie zainteresowanych kaligrafią, pozostało więc tylko ich dalej zachęcać.

Tylko i aż, oczywiście, bo nic w życiu nie jest proste. Każdego dnia przez tydzień pojawiały się nowe arkusze do nauki kaligrafii w warunkach domowych, do samodzielnego wydrukowania. Z założenia wszystko miało być darmowe, i ćwiczenia, i filmy (i tak też pozostało).

I właśnie tych pozytywnych niespodzianek było ogromnie dużo: lekcje oglądało kilkaset osób dziennie, część z nich wysyłała mi zdjęcia i relacje z tego, jak ćwiczy, dostawałam wiadomości o tym, że zachęciłam do pisania i próbowania nowych rzeczy. A ja przy okazji zrobiłam od nowa ćwiczenia do nauki kaligrafii dla początkujących, za co chciałam się zabrać już od dłuższego czasu. Chyba nie mogłabym sobie wymarzyć bardziej satysfakcjonujących rezultatów!

Choć spotkań na żywo nadal mi brakuje, teraz mam przynajmniej dowód na to, że da się też inaczej. Dlatego teraz mogę już spokojnie wymyślać formułę spotkań online, pomimo początkowych pytań “no niby jak?”.

Jak one little word może pomóc?

Z tego wszystkiego płynie dla mnie jedna lekcja. Dosyć oczywista, bądź co bądź, ale tak to jest z tymi lekcjami, że chyba trzeba je przeżyć, żeby się przekonać o ich prawdziwości, nawet jeśli to największy banał świata. Moja lekcja więc brzmi: tylko zmienność jest stała. No wiem! Banał nad banały. A do tego jeszcze z oksymoronem. Rzecz w tym, że ja zawsze szukałam spokoju i  statusu quo, który jest przecież niezgodny z naturą świata. Jak wszystko płynie, to ja też.

Dlatego to moje odważniej ciągle musi się zmieniać. Dlatego muszę je wymyślać na nowo, nawet jeśli, a może szczególnie wtedy, kiedy wolałabym nie. Ale cieszę się, że wybrałam właśnie takie one little word. Może to trochę naiwne, ale taki zewnętrzny punkt odniesienia pomaga szukać rozwiązań. O wiele łatwiej jest zadać pytanie “jak inaczej mogę spojrzeć na odwagę?” niż “i co ja niby mam teraz z tym wszystkim zrobić?”. Konkretne pytania, konkretne odpowiedzi.

Trzeba szukać drobnych rzeczy i działań, a potem trzeba próbować. I próbować jeszcze więcej.